Wed09202017

Last update04:02:38 pm

Font Size

Profile

Menu Style

Cpanel
Back Wiadomości Strona główna WIADOMOŚCI - nowe Strona główna Reszta Wielkiej Brytanii Strona główna Żeby nie być ofiarą

Żeby nie być ofiarą

  • PDF
Article Index
Żeby nie być ofiarą
Page 2
All Pages

Jedno zdarzenie, które może przytrafić się każdemu. Ale jego rezultat może być tak różny, jak różni są ludzie. Gdy jedna osoba podda się i powie: „No trudno”, inna – „I tak nie wygram z Anglikiem”, to jednak są osoby jak Monika, które postanawiają nie być ofiarą i walczyć o swoje.

24-letnia Monika mieszka w północnej Anglii już od pięciu lat. Przyjechała tu zaraz po zdanej maturze. Nie dostała się w Polsce na studia, z pracą w jej rodzinnym Zamościu było ciężko, więc postanowiła spróbować szczęścia w Anglii. O wyborze regionu przesadziło to, że właśnie w północnej Anglii – a dokładnie w Gateshead mieszkał od roku jej kuzyn z żoną, którzy zaproponowali Monice pokój i pomoc w starcie.

Pomału do przodu

Kuzyn spisał się rewelacyjnie. – Kolejny raz przekonałam się, że na moją rodzinę mogę liczyć – opowiada Monika. – Odebrał mnie z dworca autobusowego, ulokował w małej, ale ładnej sypialni swojego mieszkania i załatwił pracę w przetwórni owoców.

W pracy Monika poznała wielu Polaków. Jeden z nich długo zabiegał o względy Moniki, która jednak nie chciała się wiązać na obczyźnie, myśląc jeszcze o powrocie do kraju. Marek był jednak uparty i nie dał się zbyć. Rozmowy telefoniczne i odwiedziny u rodziny w Polsce przekonywały z kolei stopniowo Monikę, że nie ma po co wracać do Zamościa. Właściwie, to jednak wróciła – na jeden weekend, żeby w czerwcu 2010 r. wziąć ślub z Markiem w swojej rodzinnej parafii i wyprawić huczne wesele.

Szczęście w nieszczęściu

Po ślubie i weselu osiedli w Gateshead na dobre i wszystko było jak w bajce. Aż do pewnego sobotniego ranka w październiku 2011 r, kiedy jechali na dworzec autobusowy w Newcastle odebrać gości z Polski – rodziców Moniki. Przepisowo zatrzymali się przed ruchliwym rondem, żeby przepuścić pojazdy z prawej strony, gdy nagle odczuli ogrome uderzenie z tyłu i usłyszeli straszny huk. – Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego dźwięku. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nic nie widziałam oprócz okularów Marka lecących na szybę i deskę rozdzielczą samochodu – opowiada Monika.

Okazało się, że w tył samochodu uderzył inny samochód. – Nie wiedziałam, co robić – mówi Monika. – Nie byłam pewna, czy mogę się ruszać, czy powinnam wysiadać z samochodu i co dalej. Marek upewnił się, czy wszystko ze mną OK i wysiadł z samochodu. Usłyszałam, jak spokojnie rozmawia z kierowcą, który w nas wjechał.

Monika zdecydowała się wysiąść i sprawdzić, co się stało. - W sumie to byłam zaskoczona, bo sądząc po huku i sile uderzenia myślałam, że cały tył samochodu musi być już zgięty w harmonijkę, a nie było tak źle. Gorzej wyglądał samochód, który w nas uderzył – odpalone poduszki powietrzne, zbite reflektory i wgnieciony przód.

Wiedząc, że samochód wymaga naprawy, Marek wziął od kierowcy jego dane i dane samochodu. Obaj zrobili też zdjęcia samochodów telefonami komórkowymi. Od początku kierowca brał winę na siebie, przepraszał i prosił, żeby nie wzywać policji.

W sumie nie było świadków wydarzenia, bo nikt z przejeżdżających obok nie zatrzymał się, aby zaangażować się w sprawie. Monika i Marek byli cali, nie mieli nawet zadrapania, a poza tym spieszyli się na dworzec po rodziców Moniki, więc zrezygnowali z wzywania policji do stłuczki.

- W tym momencie zaczęłam myśleć o moich rodzicach – wspomina Monika. – Myślałam, co będzie, jak wysiądą z autobusu, na obcej ziemi, nie znając ani słowa po angielsku? Czy mama nie wpadnie w jakąś histerię? Czy tata nie wymyśli jakiegoś genialnego planu szukania taksówki czy autobusu? Żałowałam, że nie wymusiłam, żeby sobie wreszcie kupili komórkę i załatwili roaming na wyjazd do mnie. Dlatego też chciałam jak najszybciej jechać dalej, a wezwanie policji by wszystko opóźniło. A przecież oprócz wgniecionego tyłu nic wielkiego się nie stało.

Zaczynają się problemy

Monika i Marek zdążyli na dworzec na czas. Powitali rodziców Moniki i zabrali do mieszkania, gdzie dali im czas odpocząć po długiej podróży. Marek zadzwonił wtedy do swojej firmy ubezpieczeniowej i poinformował o zdarzeniu, podając okoliczności wypadku, dane sprawcy, nawet numer jego polisy ubezpieczeniowej. Nie wiedział, czy ze stresu, czy może w wyniku wypadku, ale zaczynała go boleć głowa, a nawet szyja, dlatego zdecydował się iść na pogotowie, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Monika upierała się, że nic jej nie jest.

I tak było do poniedziałku, gdy mama Moniki zauważyła, że córka ma problemy ze skręcaniem szyi i bóle. Monika próbowała lekceważyć sprawę mówiąc, że poduszka jej się źle ułożyła, że ją zawiało, ale mama – jak to mama – nie odpuszczała i zmusiła córkę do pójścia do lekarza.

Lekarz w przychodni sprawdził sprawność szyi Moniki i stwierdził „whiplash”. Kazał brać paracetamol na uśmierzenie bólu, robić ćwiczenia szyi i poczekać 6-8 tygodni.

W tym czasie firma ubezpieczeniowa sprawcy zgłosiła się po samochód, żeby wziąć go do naprawy. Na ten czas Marek dostał samochód zastępczy, więc mógł pokazać teściom najpiękniejsze i najsłynniejsze miejsca regionu,.

Tygodniowa wizyta rodziców Moniki dobiegła końca. Wszystko wróciło do normalności. No, prawie wszystko. Marek bowiem zaczął uskarżać się na bóle głowy, szyi, a Monice czasem to się tak kręciło w głowie, jak po karuzeli. Mieli jednak nadzieję, że po 6-8 tygodniach wszystko minie. Tymczasem ból nie mijał. Nie udało się też naprawić ich Peugeota. Jak się dowiedzieli, koszty remontu przewyższają wartość samochodu. Zamiast samochodu dostaną czek na tysiąc funtów. Marek kupił więc inny samochód i czekał na czek, który nie przychodził.



Czytaj także

Newcastle

JA Teline IV
Ojczyzna Geordie i Srok

York

/
Tradycja i nowoczesność

Leeds

/
Most rycerski północy

Manchester

/
Przemysł, futbol i muzyka

Birmingham

/
Miasto tysiąca przemysłów